Wskaźnik cena do zysku jest jednym z najbardziej popularnych wskaźników używanych w analizie fundamentalnej spółek giełdowych. Jak mówi sama nazwa, wskaźnik definiuje cenę udziału spółki do zysków przypadających na daną akcję. Podając przykład – jeżeli spółka posiada 10 akcji o wartości 100 złotych, a jej zyski wynoszą 2000 złotych, wówczas cena do zysku wynosi 1:2. Wzór na wskaźnik C:Z: cena jednej akcji/zysk przypadający na jedną akcję. Można również po prostu podzielić zysk spółki przez kapitalizację jej akcji – wyjdzie taki sam wynik jak przy użyciu podanego wcześniej wzoru.

Znaczna część inwestorów przy wykonywaniu analizy fundamentalnej firmy, której udziały chcą kupić, korzysta z wskaźnika cena do zysku. Istnieje jednak grupa przeciwna, uważająca wskaźnik za bezużyteczny. Za obiema stronami stoją pewne argumenty, niemniej jednak nie warto być zero jedynkowym – działanie pewnych wskaźników jest również zależne od rynku i fazy cyklicznej, w której się znajduje. Istotne jest również to, do jakich firm zostaje używany – w zależności od sektora zastosowanie może się różnić.

Grafika z macrotrends.net przedstawiająca ostatnie kilkadziesiąt lat wskaźnika cena do zysku spółek z S&P500 – szarym polem zaznaczone są recesje.
Grafika również z macrotrends.net – tym razem jest to zwykły kurs cenowy indeksu S&P500.




Jak widać na powyższych grafikach, historycznie wartością wskaźnika cena do zysku, z którego zwykle zaczynały się spadki/korekty, był przedział 20-25. Od mniej więcej 30-40 lat nie jest to jednak już żadna reguła – przykładowo w roku 2000 spadki zaczynały się mniej więcej od wartości C/Z=45, w roku 2008 było to P/E=120. Stąd też można odnieść nieco inne wrażenie czytając książkę Benjamina Grahama – faktycznie inwestowanie w dawnych latach działało trochę inaczej.

Pewne cykle mimo wszystko są „wieczne” – tutaj świetnym odniesieniem jest nagranie legendarnego Raya Dalio. Wracając do tematu – tak jak wspomnieliśmy, jedna grupa inwestorów uważa wskaźnik za bezużyteczny z racji jego nieaktualności – druga grupa twierdzi jednak inaczej, powołując się na fakt, że zbyt wysoki wskaźnik cena do zysku świadczy o przesadnym entuzjazmie inwestorów. Był to zarzut stawiany amerykańskiej spółce, Tesli – ostatecznie jednak mimo wszystko rosła, co może sugerować pewne osłabione działanie tego wskaźnika względem spółek technologicznych (mimo że Tesla typową firmą technologiczną nie jest, to Google, Facebook czy Apple będą tutaj równie dobre jako przykład).


Wskaźnik price to earn jest również bardzo prosty w interpretacji, co w pewnym sensie tłumaczy jego powszechność. Inwestorzy długoterminowi muszą jednak uważać na zastosowanie tego miernika względem spółek notujących straty – co z tego, że wskaźnik jest niski, skoro firma sobie nie radzi?



Czy warto korzystać ze wskaźnika cena do zysku?

Z pewnością, tak jak wspomnieliśmy – nie warto być zero jedynkowym i mówić: tak/nie. Osobiście uważamy ten wskaźnik za nieco przestarzały i zdecydowanie lepszy będzie tzw. price to earn forwardcena do przewidywanego zysku. Różni się on tym od standardowego price to earn, tym że w zmodyfikowanej wersji zamiast zysku we wzorze, podstawia się szacowany przyszły zysk. W warunkach rozkwitającej technologii, branży wysokomarżowej i z lepszą możliwością skalowalności, taka zmiana może być na plus. Wciąż jednak tradycyjna wersja ceny do zysku może mieć zastosowanie w spółkach tzw. starej ekonomii – np. produkcyjnych. Swoją drogą, długoterminowa średnia wskaźnika dla spółek S&P500 wynosi 16, a więc zyski były przeciętnie 16 razy wyższe niż cena akcji – dzisiaj jednak ciężko znaleźć dobre firmy z tak niską wyceną. Spowodowane jest to oprócz zmian w technologii, z pewnością także zmianą polityki monetarnej – dzisiaj o pieniądz jest bardzo łatwo. Jeszcze 60 lat temu obowiązywał standard złota, a stopy procentowe były na dużo wyższych poziomach niż dzisiaj.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany Wymagane pola zaznaczone są gwiazdką *